Barry i Samahria Kaufmann -METODA OPCJI.

UWOLNIJ  MARZENIA

Raun Kaufmann 

( tytuł oryginału: „Unchain your Dreams”)

tłumaczył Jacek Cierliński

http://www.dzieci.bci.pl/strony/autism/uwolnij_marzenia.htm

Raun Kaufmann został zdiagnozowany w wieku 18 miesięcy  jako autysta cofnięty w rozwoju,  z IQ poniżej 30 .Nie załamując się jego rodzice Barry i Samahria Kaufmann stworzyli unikalny program terapeutyczny przy pomocy którego całkowicie wyleczyli Rauna. Jego niezwykła historia została zrelacjonowana w bestsellerze Son-Rise: The Miracle continues oraz w filmie nakręconym przez telewizję NBC Son-Rise; A Miracle of Love. Takie czasopisma jak People, Family Circle, Abnormal Psychology opisały dokładnie ucieczkę Rauna z autyzmu. Raun udokumentował ją ukończywszy na wiodącym Ivy League university biomedyczną etykę. Jest teraz jednym z dyrektorów Score Educational Center substydiowanego przez The Washington Post. Jest to nowy program edukacyjny ,który pomaga uczniom w postępach. Jako wykładowca na uniwersytetach i koledżach inspiruje studentów do pracy z dziećmi specjalnej troski w sposób równie śmiały jak ten, który jego rodzice stosowali wobec niego. Ta pionierska terapia dzięki któremu wyszedł z autyzmu przerodziła się w Program Son-Rise prowadzony przez Instytut Opcji gdzie pomaga obecnie tysiącom rodzin z całego świata dotrzeć do „nieosiągalnych” dzieci specjalnej troski (..) Gdy pyta się mnie o doświadczenia związane z autyzmem zdarza się że wielu ludzi nie związanych z tematem widzi problem jako marginalny i nie mający wpływu na ich życie. Jest dokładnie przeciwnie. Aby to uzasadnić chciałbym nie tylko opowiedzieć swoją historię, ale również wytłumaczyć kilka podstawowych zagadnień z nią związanych. Wierzę ,że sedno sprawy leży poza nią i jest na tyle istotne ,że o ile znajdzie zrozumienie i akceptację, może głęboko zmienić wasze życie jak również życie osób, które napotkacie. Przed moimi pierwszymi urodzinami (1974) zacząłem wycofywać się z kontaktu z ludźmi. Nie chciałem na nich patrzeć. Gdy mnie podnoszono i trzymano moje ręce bezwładnie zwisały po bokach. Nie starałem się mówić ani płakać, krzyczeć, zwracać uwagi na siebie czy też w jakikolwiek sposób manifestować swoje życzenia. Spędzałem niekończące się godziny kiwając się wprzód i w tył, kręcąc talerzami, trzepocząc rękami przed moją twarzą i gapiąc się w przestrzeń. Tygodnie zmieniały się w miesiące, rodzice byli coraz bardziej zaniepokojeni moim stanem. Mając już dwie córki znali etapy rozwoju dziecka. Jako że mój rozwój dramatycznie różni się od tego jaki był udziałem moich sióstr, rodzice zabierali mnie do wielu specjalistów, aby dowiedzieć się co się ze mną dzieje i co da się z tym zrobić. Oczekiwali odpowiedzi, rad, sugestii i przede wszystkim wytłumaczenia ,które by ich postawiło na nogi.  Jakby nie było wydarzenia biegły po spirali prowadzącej donikąd. Nic pocieszającego ani też podnoszącego na duchu. Najpierw przyszły całe cykle badań. Potem uścisk dłoni. Potem opinie wypowiadane niczym wyrok śmierci. Potem nowe testy. Uścisk dłoni. Stukanie ołówkiem. Więcej etykietek. W końcu diagnoza; klasyczny przypadek dziecięcego autyzmu. Test na inteligencję; IQ poniżej 30. Możliwa głuchota. Prognoza specjalistów była pewna. Autyzm określony przez środowisko medyczne jako nieuleczalne kalectwo na całe życie był jednym z nieodwracalnych i niezgłębionych schorzeń na świecie z którym moi rodzice nie mogli zrobić nic, absolutnie nic. Poinformowano ich że autyzm to zaburzenie neurologiczne objawiające się w ciągu pierwszych trzech lat życia brakiem kontaktu wzrokowego, powtarzającymi się zachowaniami jak trzepotaniem i kiwaniem się, uciekaniem od ludzi, niezdolnością do okazywania emocji, komunikowania się i przetwarzania informacji. Miałem nigdy nie mówić, czytać czy grać w baseball. Nigdy nie miałem prowadzić samochodu, pisać wierszy, mieć przyjaciół ani chodzić na randki. Jak inni autyści miałem być „w swoim świecie”. Pewnego dnia po wielkich wysiłkach mogłem nauczyć się ubierać i używać sztućców. Poza tym mój stan miał być beznadziejny. Najlepszą rzeczą jaką można było ze mną zrobić to umieścić w zakładzie, gdzie byłbym odpowiednio „zarządzany”.Oczywiście nie było to, czego poszukiwali moi rodzice. Zamiast pociechy znajdowali  przygnębienie. Zamiast dowiedzieć się co powinni robić, rodzice słuchali wskazówek na temat czego robić nie powinni. Jeżeli naprawdę chcieliby znaleźć właściwą drogę, musieli zdobyć się na przełamanie samych siebie. I wierzcie albo też nie, to było dokładnie to, czego poszukiwali. Odrzuciwszy pesymizm, beznadzieję i rutynę specjalistów ,rodzice zdecydowali uruchomić samych siebie. Oparli swoją energię na odrzuceniu tego ,co mówi nam społeczeństwo o chorobach, wyzwaniach, miłości i życiu. Rodzice patrząc na mnie widzieli możliwości, nie przeszkody. Widzieli cudo, nie horror. Patrząc na mnie trzepiącego rękami, kręcącego talerzami widzieli zadziwiającego chłopca dotykającego nieba stworzonego przez siebie świata.Ludzie w najlepszej wierze pocieszając rodziców mówili „jak mi przykro” „jaka to tragedia”, „jakie to dla was okropne…”. Moi rodzice czuli, że nie chcieli nigdy widzieć mnie jako tragedię czy też coś okropnego. Potrafili dostrzec piękno mojego ja i wybrali jego akceptację.  Na tej zupełnie nowej koncepcji wyrósł domowy, ukierunkowany na dziecko program, który moi rodzice zastosowali wobec mnie. Sednem był całkowity brak osądzania mnie, akceptacja, i nastawienie pełne miłości. Co oznaczało to w praktyce? Przede wszystkim moi rodzice nie widzieli mojego autyzmu oraz wynikających zeń moich zachowań jako jakiegoś złego fatum. Akceptowali mnie zarówno gdy czyniłem postępy, jak również wtedy gdy zastygałem w swoim rozwoju. Kochali mnie bezwarunkowo bez względu na to czy ich miłość miała być kiedykolwiek odwzajemniona. Przez trzy i pół roku pracowali nade mną dwanaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu. W przeciwieństwie do specjalistów których celem była eliminacja „złych” zachowań i uczenie „dobrych”, aby uczynić dziecko „normalnym” ,rodzice szukali połączenia „ponad” tym wszystkim. Chcieli dotrzeć do mnie budując most ze swojego świata do mojego, most który miałem przekroczyć tylko z własnego wyboru a nie przez wymuszenie. Ta metoda nie tylko bardziej humanistyczna i pełna szacunku od „tradycjonalnych” terapii ,ale również posiada w sobie przyrodzoną logikę. Weźmy pod uwagę co proponowali specjaliści moim rodzicom. Dzieci kurowane standartowymi metodami były psychicznie manipulowane wbrew swojej woli i karane, gdy nie stosowały się do założonego programu. Dlaczego dzieci autystyczne mają odczuwać najlżejszą nawet chęć dołączenia do świata, który jest dokładnie przeciwny temu co one czy też ktokolwiek z nas chciałby? Tym dzieciom jest pokazywany świat naznaczony dezaprobatą, siłą fizyczną i całkowitym brakiem kontroli nad swoim otoczeniem. Kto by tego pragnął? Kto widząc to nie wycofałby się czy też nie walczył przeciw tej wrogiej rzeczywistości? I kto by nie starał się złapać pierwszy samolot odlatujący stamtąd? Wyobraźcie sobie teraz inną możliwość; pokazują wam świat gdzie wasz każdy ruch jest chwalony, gdzie jesteście darzeni uczuciem i we wszystkim wspierani, zachęcani do postępów i gdzie wasze życzenia byłyby respektowane gdzie to tylko możliwe. Kto nie chciałby po godzinach znaleźć się w takim miejscu? Program rodziców został stworzony na bazie uczucia, którego każdy chciałby doświadczyć ,ale rzadko otrzymuje. Wyobraźcie sobie przyjaciela, kochankę, rodzica kochającego was bezwarunkowo i nie osądzającego was za nic. Jak byście się czuli? Nie ma na ziemi nikogo kto by mógł marzyć o czymś takim. Autystyczne dziecko nie może dostać większego prezentu. Trzeba tu podkreślić ,że moi rodzice byli zupełnie samotni ze swoimi myślami i wysiłkami. Nikt ich nie podnosił na duchu. Znajomi i rodzina w większości zostawili ich samych lub byli bezużyteczni. Co więcej lekarze gwałtownie oponowali i starali się wszystko jeszcze skomplikować. Uważam że te czynniki uczyniły to, co zdziałali moi rodzice jeszcze bardziej zadziwiającym. Wymaga to szczególnej wizji, uporu i motywacji, gdy nikt nie stoi u twojego boku. Większość ludzi wierzy ,że okazując smutek i nazywając sytuację straszną ,dowodzimy jak się tym przejmujemy. Jeżeli dbamy o kogoś lub go kochamy przyjęte jest w takiej sytuacji „dzielenie jego bólu” i okazywanie współczucia. Ironią było że takie objawy solidarności okazywane przez otoczenie moim rodzicom absolutnie nam nie pomogły. Powodowały niechęć i smutek. Odwrotnie, moi rodzice tak bardzo mnie przecież kochający tryskali optymizmem i ekscytacją zamiast tkwić w pesymizmie i cierpieniu. To inspirowało ich do pracy zamiast do gadania i stawiania czoła przeciwnościom zamiast do ucieczki.  Rodzice zaczęli pracę ze mną w salonie ,ale zbyt wiele rzeczy ją tam zakłócało. Potrzebowali miejsca gdzie mogliby pracować nieprzerwanie ze mną godzinami. Wysilili swoje umysły ,aby znaleźć takie idealne miejsce. Z dala od zgiełku, nie za duże, sprzyjające koncentracji i oczywiście tym momentom gdy pracujemy posuwając się naprzód. Co to za miejsce? Odpowiedź nasuwa się sama; łazienka. Tak, łazienka. Ten nieprawdopodobny proces transformacji miał miejsce gdzieś między toaletą i zlewem. Ale kim byłem  ja? Gdy zaczynali prowadzić program ze mną nie mieli wszystkiego opracowanego w szczegółach. Chociaż dokładnie wiedzieli jaki sposób podejścia do mnie wybrać ,nie wiedzieli w 100% jakie będą wymagania tego podejścia odnośnie rodzaju ich aktywności podczas pracy. Po drodze musieli dokonywać prawdziwych przełomów i odkryć godnych pracy naukowej.Bardzo ważną formą aktywności z ich strony było dołączanie się do mnie cokolwiek bym nie robił. Gdy kręciłem talerzem ,robili godzinami to samo. Gdy kiwałem się, też się kiwali wraz ze mną. Te praktyki wywoływały dużo krytycznych uwag otoczenia. Wielu specjalistów twierdziło, że to najgorsza rzecz jaką mogli zrobić ,gdyż wzmacniali tylko moje autystyczne zachowania. Ci ludzie jednak nie rozumieli punktu widzenia moich rodziców widząc ich działania poprzez okulary zabarwione swoją filozofią. Rodzice przede wszystkim szukali ze mną kontaktu. Nie mogło dać tego ciągłe bombardowanie mnie poleceniami i dezaprobatą. Podążając ze mną, pokazując ,że to co robię jest OK. było najlepszą drogą do tego rodzaju kontaktu jakiego poszukiwali. Faktycznie pierwszy przełom we mnie miał miejsce dzięki dokładnie temu działaniu. Zacząłem po raz pierwszy spoglądać na moich rodziców nawiązując kontakt wzrokowy, fundament każdej więzi. W miarę jak zmieniałem się, rodzice dostosowywali do mnie swój program. Przeciwnie jak w „tradycyjnych” metodach mama i tato pozwolili mi być nauczycielem. Używali mnie jako przewodnika dostosowując się do tego jakim byłem a nie jakim powinienem być.  Mój postęp przebiegał jako wolne zmiany przerywane gwałtownymi skokami i przełomami. Gdy miałem 4 lata nie byłem już stymulującym się, milczącym, nie kontaktującym beznadziejnym przypadkiem tylko towarzyskim, rozmownym i lubiącym zabawę chłopakiem. Energia, optymizm, miłość, poświęcenie, odwaga którymi emanowali moi rodzice pomogły mi wynurzyć się ze skorupy autyzmu bez jakiegokolwiek śladu poprzedniego stanu. Wyjątkowe jest moje szczęście ,gdy myślę o rodzicach a wyobrażając sobie co mogłoby być chwytam głęboki oddech. Sądzę, że tym ,co czyni moją historię tak zadziwiającą i znaczącą nie jest samo wyleczenie mnie (chociaż oczywiście nie mam żadnych „reklamacji co do tego), ale sposób w jaki rodzice postrzegali i reagowali na mój autyzm. Chociaż wiem, że to moje wyzdrowienie tak zawładnęło ludzką wyobraźnią uważam ,że dużo więcej można tu dostrzec. Jestem często pytany czego nauczyłem się z doświadczeń jakie były moim udziałem. 90% moich odpowiedzi nic nie ma wspólnego z końcowym rezultatem terapii. Kluczowym moim doświadczeniem jest, że znaczenie wydarzeń w naszym życiu nie zawiera się w samych wydarzeniach a w naszych na nie reakcjach. Mój autyzm, mógł być jeszcze jednym smutnym faktem bez znaczenia zresztą w wymiarze światowym. Dlaczego takim nie był? Nie dlatego ,że mój stan się polepszał ,ale dlatego że moi rodzice zachowali swoje podejście zanim zacząłem wykazywać oznaki poprawy. Napotkali coś co większość ludzi widziałoby jako niekwestionowaną tragedię i zdecydowali się spojrzeć na to jako na coś najlepszego co mogło ich spotkać i to zanim mogli zdać sobie sprawę jaki może być rezultat ich starań. Dostrzegli cud w tej sytuacji i cudownie to wykorzystali. Nadali sprawie jej znaczenie, nie odwrotnie. Moja historia nie jest opowieścią o rodzinie wygrywającej bój i pokonującej złe doświadczenia. Moi rodzice przeszli ponad tym wszystkim. To było wyzwanie ,ale dla naszej rodziny nie była to męka. Jest to raczej opowiadanie o ludziach, którzy to co inni nazywają ohydą uczynili czymś pięknym. To historia dwojga rodziców ,którzy jak to napisał mój ojciec w swojej książce Son-Rise; The Miracle Continuous ucałowali ziemię ,którą inni przeklęli. Co ważne moi rodzice nie urodzili się ludźmi o specjalnym darze nadawania wydarzeniom cech wielkości. My wszyscy jesteśmy zdolni to zrobić i to każdego dnia! Możemy wziąć wszystko co nas spotyka niezależnie od tego czy inni zwą to dobrym albo złym wydarzeniem i uczynić wielkim wybierając ten sposób widzenia. Możemy podekscytować się zamiast przestraszyć, zainspirować zamiast poddać depresji. Jeżeli uczynimy z tego podejścia regularną podstawę jakże różne doświadczenia mogą być naszym udziałem? Inną rzeczą jakiej się nauczyłem to pozwolić wszystkim wokół żyć własnym życiem, ale nie pozwalać żyć im moim. Tylko ty wiesz jaka jest właściwa droga dla ciebie, chociaż będę pierwszym ,który przyzna, że nie zawsze ma się chęć to stosować. Idź swoją własną drogą, rób dobrze co czujesz, że powinieneś. Gdyby moi rodzice posłuchali rad innych, gniłbym teraz w jakimś zakładzie.Jeszcze kilka słów o nadziei. Wielu specjalistów twierdzi że to, czego moi rodzice uczą innych i to, co czytacie teraz budzi „fałszywą nadzieję”. Złości mnie to gdyż łączenie słów „fałsz” i „nadzieja” jest tym samym jak mieszanie keczupu z lodami ,czyli paskudnie smakującą kombinacją. Nie powinno się łączyć tych dwóch słów razem. Nasuwać mogą wniosek ,iż mieć nadzieję może oznaczać coś fałszywego i nieodpowiedniego. Moje całe życie to produkt „fałszywej nadziei” jak życie wielu innych. Nadzieja jest iskrą zapalającą ludzkiego ducha i nie może być niczym złym. W żadnym wypadku. To właśnie beznadzieja rodzi bezczynność. Nie słuchajcie nikogo kto argumentuje przeciwko temu co chcecie osiągnąć. Wasze nadzieje są lepsze ,gdy wybiegają naprzód niż gdy nikną. Ostatnią rzeczą jakiej się nauczyłem, to mieć bujną wyobraźnię. Wiem ,że to brzmi to nieco w pomylony sposób ,ale zaraz wyjaśnię. Wszyscy ludzie wokół moich rodziców – przyjaciele, lekarze, krewni – radzili im być „realistami” co do całej sytuacji ze mną.Każdy realista mógłby powiedzieć tak: „Chłopiec jest autystą, jego IQ jest poniżej 30, to nieuleczalny przypadek, ludzie nie odkryli natury tej choroby. Jest pełno dowodów na to, że dziecko jest nieosiągalne dla kontaktu – lekarze to mi udowodnili. Nawet gdybym miał czas na opracowanie i zastosowanie mojego programu wobec dziecka znajdę milion przyczyn dla których to nie zadziała. Najlepiej upewnić się ,że ma ono dobrą opiekę i dać sobie spokój”. W taki sposób wielu litościwych i współczujących ludzi mówi codziennie o dzieciach z autyzmem(..)  Muszę być szczery. Nie zawsze bycie nierealistycznym jawiło się moją mocną stroną. Jestem facetem praktycznym i zawsze wybieram sensowną drogę. Czasami to oznacza ,że nie próbuję czegoś dokonać myśląc: ”Nie ma sposobu, nie ma na to sposobu. To niemożliwe”. Dokładnie ten typ rozumowania  mógł mnie umieścić w zakładzie na resztę mojego życia. Mogę być pewien ,że jeżeli będę myślał w ten sposób ,wszystko będzie łatwe i przewidywalne. Ale jeżeli już decyduję się zapomnieć o tej konwencjonalnej mądrości mogę osiągnąć więcej i sięgnąć dalej niż będąc realistą. Raczej nie moje otoczenie tylko ja sam jestem własnym ograniczeniem. Bycie nie realistą nie gwarantuje mi wymarzonych rezultatów ale otwiera nowe możliwości.  Po moim wyzdrowieniu,  ojciec będący moim skromnym zdaniem świetnym pisarzem ,napisał książkę zatytułowaną Son-Rise (Przebudzenie Syna – przyp. tłum.).(..)   Chociaż książka Son-Rise została napisana częściowo w celu podzielenia się doświadczeniami moich rodziców z innymi rodzicami dzieci specjalnej troski, aby mogli oni odnaleźć nadzieję i pomóc swoim dzieciom, ludzie o różnych drogach życiowych kupowali ją i byli nią głęboko poruszeni. Później, w roku 1979 NBC zrobiła z książki nagrodzony potem fabularny film pełnometrażowy zatytułowany Son-Rise; A Miracle of Love ( Przebudzenie Syna – był emitowany w TVP2 z Johnnym Farentino w roli głównej –przyp. tł.) do którego moi rodzice napisali scenariusz. Obejrzały go miliony ludzi na świecie.Ukończyłem kierunek etyki biomedycznej na Uniwersytecie Brown.   Drugie z moich zainteresowań pojawiło się dość przypadkowo. Na drugim roku studiów znalazłem ogłoszenie w jednym z akademików o letnim szkoleniowym programie dla dzieci zwanym „Exploration” (zgłębianie, badanie – przyp. tł.). Ten program prowadzony przez kampus Wellesey niedaleko Bostonu jest sławny w świecie a służy do edukacji dzieci z całego świata. Ogłoszenie powiadamiało o naborze wykładowców i doradców dla programu. Zgłosiłem się i zostałem przesłuchany. Znalazłem się w gronie sześćdziesięciu spośród około siedmiuset kandydatów z najlepszych krajowych uczelni. Miałem opracowywać i prowadzić kursy dla mniej zaawansowanych słuchaczy programu Exploration. Patrząc wstecz cieszę się że zostałem wybrany. Tego lata zrozumiałem, że praca edukacyjna z dziećmi była jednym z moich ulubionych zajęć pod słońcem. Nigdy wcześniej nie myślałem o pracy na polu edukacji. Moje zainteresowania uległy gwałtownej zmianie. Brałem udział w szkoleniach programu Exploration przez następne trzy lata awansując na osobę go opracowującą i nadzorującą personel (.. )  W trakcie mojej kariery odkryłem w sobie coś interesującego. Gdy mam do czynienia z młodą osobą czy jest to student którego uczę ,czy też autystyczne dziecko z którym pracowałem w przeszłości, odnajduję siebie czując w sobie życzliwość, dynamikę i kreatywność. Jeżeli nawet mam zły dzień czy też coś mnie martwi, jestem w doskonałej formie będąc z dziećmi. Rozmawiałem z wieloma takimi ludźmi. Nawet jeżeli ktoś tego nie czuje ma w swoim życiu prawie zawsze punkt gdzie może wykazać takie cechy jak ja odnośnie kontaktu z dziećmi. Nasuwa się pytanie; co będzie jeśli uczynię całe swoje życie jednym pomieszczeniem zapełnionym dziećmi? Jeżeli mogę błyszczeć pracując z nimi dlaczego nie pozostawić swojej psychiki na takich obrotach przez cały dzień? Czy jest to możliwe? To temat do przemyślenia(.).Czy kiedykolwiek byłem nieszczęśliwy? Oczywiście ,że tak. Był czas gdy czułem się podle czy też zdenerwowany ,ale dla mnie nie był to stan permanentnego nieszczęścia. Wiedziałem ,że mogę dokonać wyboru co do postrzegania danej sytuacji jako dobrej lub złej. Gdy więc coś mnie zmartwi wiem ,że jest to moja decyzja co do reakcji na to coś a nie samo wydarzenie będące czymś z zewnątrz.  Moje zainteresowania są bardzo rozbieżne. Polityka, debaty polityczne, wydawnictwa medyczne, mowy publiczne, działanie. Uwielbiam pisać. Latami pracowałem nad powieścią i gdy tylko znajduję wolny czas robię to dalej mając nadzieję na jej opublikowanie. Ulubione moje sporty to tenis i siatkówka. Prawie wszyscy z moich znajomych znają moją przeszłość. Jeżeli tak nie jest po prostu nie było okazji im o tym opowiedzieć, nie dlatego żebym miał z tym problem. Ci którzy ją znają nie dbają o nią i to jest to co lubię najbardziej.  Dorastanie w rodzinie było wspaniałe. Byłem szczęśliwy nawet biorąc pod uwagę to ,co robili moi rodzice ,gdy tkwiłem w autyzmie. Przez całe moje dzieciństwo moi rodzice byli dla mnie kochający i wspierali mnie. Mam bardzo szczere stosunki z nimi ,co jest raczej rzeczą niespotykaną. Nie musiałem nic przed nimi ukrywać ponieważ stworzyli dla mnie atmosferę bezpieczeństwa co do szczerości. Czy moi rodzice robili rzeczy, które mnie wkurzały gdy byłem nastolatkiem? Jasne, ale byli bardzo rozsądni tak, że nie miałem wielu okazji do buntów typowych dla tego wieku. Słysząc w jaki sposób wiele rodzin funkcjonuje czasami trudno mi sobie wyobrazić ile miałem szczęścia. Plany na przyszłość? Mam kilka pomysłów i nie wiem które z nich zrealizuję ale je mam. Chciałbym założyć agencję zatrudnienia dla bezdomnych, otworzyć wirtualne kino, założyć konsultingową firmę medyczną, pomóc w uruchomieniu nowej eksperymentalnej szkoły podstawowej, zorganizować w USA system opieki zdrowotnej obejmującej wszystkich obywateli, ujednolicić nasze podatki i ubezpieczenia w spójny system, opracować plan połączenia miast położonych w środku kraju z jego resztą, wejść w politykę. Czy nie sądzicie że są te plany nierealistyczne? Założycie się , że tak. Inaczej ich bym nie miał(..).Pozostaje ciągle pytanie; czy jesteśmy w stanie mieć marzenia, wnosić piękno i treść w nasze życie i czy w każdej chwili potrafimy być kreatywnymi pasjonatami? Czy możemy to wszystko uczynić tym czego oczekujemy od świata? Czy też świat pomoże nam to utracić? Pamiętajmy ,że nigdy nie jest za wcześnie na stłumienie naszych pragnień.

Dear MaGorzata,Going forward, I’ll be sending out inspiring stories as they come in to me, probably once a week, to those of you who „Opt-In”. Would you like to „Opt-In”? Please click the following link to continue receivingthese stories from me:Yes, please continue sending me inspiring stories!Thanks to you all for your loving feedback to the previous three weeks of inspiring stories. Here is a final inspiring story of that series from our very own, Brian Nelson, who is one of our most amazing Son-Rise Program Family Counselors. He has touched and helped change the lives of so many parents of children with Autism.

BIG Love and smiles to all,

Barry (Bears) Neil Kaufman
Co-Founder
Autism Treatment Center of AmericaTM, Home of The Son-Rise Program®

Od około roku otrzymuję od Barry i Samahria Kaufmann  nowe informacje , podziękowania Rodziców , którym program bardzo pomaga. Metoda Opcji…cóż w niej najbardziej przekonuje?To nauka MIŁOŚCI do INNEGO CZŁOWIEKA. Nade wszystko MIŁOŚĆ do dziecka daje możliwości poprawnej pracy nie tylko metodą Opcji.  Raun miał szczęście i wygrał ..Jest dzisiaj człowiekiem funkcjonującym w społeczeństwie . Nie ważne w tym wszystkim jest kto i w jaki sposób zagadnienie Autyzmu pojmuje. Ważne, żeby nigdy nie zgasła Wiara, że i nasze dzieci…mój Wnuczek pojmie świat takim, jakim my jego widzimy.  Bo MIŁOŚĆ GÓRY PRZENOSI…, a my tak bardzo kochamy Kubusia…

Ujmuje również MIŁOŚĆ tych dwojga Rodziców do siebie, która wciąż kwitnie. Potężne wyzwanie życiowe , walka o syna wzmocniła wzajemne uczucie .

Przeżyli ze sobą” sporo” lat…i ten płomień w sercach jest nadal taki sam…Piękne …

Dear MaGorzata,

HIGHER THAN THE HIGHEST MOUNTAINS? In our hearts and spirit! It’s about love, it’s about embracing others, it’s about doing our dreams, it’s about being ourselves, it’s about creating eyes to see the blessings. It’s about the silence and the talk, it’s about the really seeing each other, it’s about say yes to all the no’s in our lives, it’s about…

Love and gratitude,

 

 


1 komentarz


  1. Małgosiu miłość góry przenosi to pewne jak i to, że mózg jest nieodgadniony. Trzymajcie tak dalej i powodzenia

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *