DIAGNOZA – tak TO JEST AUTYZM!!

No Comments

18 grudnia 2008 r. to data, której w życiu nie zapomnę….tego dnia dzieci przyniosły zaświadczenie – KUBUŚ MA AUTYZM ??? ponowny szok, bo już tak zupełnie wprost specjalista wydał opinię.

Wnuczek rozpoczął intensywną terapię pod czujnym okiem wspaniałego człowieka , kobiety o wielkim sercu, doskonale rozumiejącą problem dziecka, jak i rodziców, których życie jakby na chwilę zamarło…..co dalej, jak walczyć, czy damy radę. Etapy postrzegania rzeczywistości zupełnie normalne – bunt, pytanie – dlaczego my, z czasem akceptacja stanu i podjęcie się walki o przyszłość dziecka. Tak bardzo dziękuję Bogu, że córka  szybko pogodziła się z sytuacją, która niczym pocisk uderzyła w ich serca. Damy z siebie wszystko i KUBA będzie zdrowy, musi…..

Terapia behawioralna , oceniając z boku- to takie układanie dziecka niczym małe zwierzątko….zadanie> nagroda> zadanie > nagroda i tak co dnia. Początki nauki nie były łatwe. W tym nieszczęściu dopatrywaliśmy się nade wszystko tej jednej iskierki szczęścia, Kubuś nie ma Autyzmu zamkniętego.…..potrafi nawiązywać kontakt społeczny, a to nadzieja…….ogromne ilości wycinanek, szukanie obrazków służących terapii…z czasem włączył się logopeda… Kubuś jeszcze kilka miesięcy wstecz nie wypowiedział żadnego prostego słowa……dzisiaj powie MAMA, TATA, daj, pić, sok, lody….jak na trzylatka to niewiele……..w jego schorzeniu do niczym obrona pracy doktorskiej, to przeogromny sukces.

Będę etapami zrzucała te osobiste emocje, które są obrazem odczuć całej Rodziny, bliskich, Przyjaciół….

co dnia wpiszę coś innego…chcę rozpocząć ten start w tym okresie przedświątecznym …wierząc, że KUBA z udziałem internetu dostanie „choćby” wirtualną miłość- tak bardzo potrzebną w każdym schorzeniu.

” Nie o współczucie chodzi do bliźniego, a o zrozumienie problemu, z którym się ściera…

wspieranie myślą , pochylenie głowy…to obraz własnej wrażliwości”…

PIERWSZE OBJAWY AUTYZMU KUBUSIA

1 Comment

To był koniec września 2008 r., w okresie poprzedzającym – od maja do września walczyłam tym razem o siebie…

los nie oszczędza mnie ogólnie w całym życiu…idę, upadam, podnoszę się i zawsze wierzę, że trudny czas musi mieć swój kres…nowotwór, który mnie wyłączył na kilka miesięcy z normalnego funkcjonowania został pokonany!!! wyniki wskazywały, że wszystko dobrze się skończyło, to były moje NARODZINY !!!

Zaprosiłam rodzinę, żeby uczcić ten fakt, wnusia z uwagi na mój pobyt w szpitalu nie widziałam około 1 miesiąca…

Cieszyłam się z przybycia Wszystkich gości, jednak możliwość utulenia Kubusia to chwila, na którą tak długo czekałam…

Pierwszy kontakt był jakiś obcy…tłumaczyłam sobie, że może dziecko nie poznało mnie, wyglądałam inaczej, byłam zmęczona  walką o siebie. Przyglądałam się Kubusiowi , było mi przykro, że nie chce się przytulić jak zawsze, usiadł w odosobnieniu , nie chciał się bawić. Córka wspomniała, że Kubuś od pewnego czasu się zmienia – przemiennie szuka samotności, lub jest bardzo agresywny, wpada w dziwne nastroje. Ta uroczystość nie była tak przyjemna, jaką sobie zaplanowałam..fajnie, narodziłam się na nowo, ale zachowanie wnuka pogrążyło mnie.

Podczas kolejnej wizyty dzieci z Kubusiem nie mogłam patrzeć biernie, że dziecko jest zupełnie inne, dyskretnie poprosiłam córkę o pilną konsultację z psychologiem, niech specjalista doradzi, jak dziecko z tego stanu wyprowadzić.

Pisałam wcześniej…to była porażka, która mogła skutkować wręcz tragedią Nas wszystkich. Pani psycholog wskazywała na błędy wychowawcze, zachęcała do stosowania kar, stawiania w kącie, dawania klapsa….dziecko musi znać dystans, a to wymaga pracy….dwulatek nie może rządzić domem…może i racja, ale intuicja podpowiadała, żeby dalej diagnozować. Cóż by dzisiaj odczuwali rodzice, dziadkowie mając wiedzę, że karciło się chore dziecko…że było karane za niewinność..

Córka udała się do CUDOWNEJ PANI PSYCHOLOG, która w sposób bardzo delikatny kierunkowała, że Kubuś może być poważnie chory…konsultacje z kolejnymi specjalistami…Kubuś nie zmieniał swojego zachowania na lepsze.

Całkowicie odstąpił od wypowiadania prostych słów – mama, tata, daj, pić……..to potrafił jeszcze w sierpniu.

Wydobywał z siebie dziwne dźwięki, które były tak przykre w słuchaniu…zabawę tolerował tylko sam.

Równiutko stawiał samochodziki w rządku, budował wieże z klocków, układał wszystkie zabawki z ogromną precyzją- przestawienie przez inną osobę jego „dzieła” rodziło ogromny bunt, krzyk, prężenie…to było straszne.

W chwilach radości – takie też bywały- cieszył się całym sobą….trzepotał rączkami, biegał na paluszkach, kręcił się w kółeczko, bił sobie brawo ,śmiał się, potem powracał do swoich i tylko swoich zajęć izolując się od otoczenia. Coraz rzadziej się przytulał, nie reagował na swoje imię, był skupiony nad czynnością, którą wykonywał.

Wypowiadając te dziwne dźwięki nie patrzył nikomu w oczy, przekazywał swoje emocje jakby komuś obok.

Kontynuował wizyty u psychologa, psychiatry…..córka otrzymywała zadania do ćwiczenia z dzieckiem…żmudne, wymagające tony pokory, cierpliwości……czegóż się nie robi dla miłości…postępów jednak nie było widać.

„Miłość znosi zmęczenie..i nawet pchając wielki głaz nie czujesz oporu…

bo wierzysz, że kiedyś dojdziesz do celu”..